Opowieści z Drugiej Strony Siatki – epizod VI „Mag”

MODI

Epizod VI „Mag”

Dzień chylił się ku zachodowi. Ostatnie długie cienie kładły się w kociarni. Ten błogi spokój zmąciły kroki na zewnątrz oraz pełne niezadowolenia buczenie dochodzące z kontenerka, który właśnie wniosła pani Weterynarz.
– Uważaj, ta cholera podrapała mnie po rękach i jeszcze ugryzła – powiedziała, wpatrując się w kontenerek. Buczenie się nasiliło, przechodząc miejscami w syk.
Aż mi sierść na karku zafalowała, a u nasady ogona poczułem mrowienie. Zapach nie mylił. „Dziewczyna” ostra, zdecydowana i z wiatrem w futerku.
Serduszko mocniej coś zaczęło pukać. „Oj” – pomyślałem.
Opiekunka wzięła kontenerek, z którego zaczął się wydobywać niski pomruk niewróżący nic dobrego.
– Znajdziemy Ci jakieś lokum – powiedziała, przechodząc wzdłuż rzędu klatek zazwyczaj pełnych hałasu, a teraz cichych, jakby pustych.
Cisza – dotarło do mnie – zupełnie nic się nie poruszyło. Poczułem, że na grzbiecie elektryzuje mi się sierść. Nim pomyślałem, że coś się musi wydarzyć, usłyszałem szum przechodzący w łoskot skrzydeł olbrzymiego Anioła, całego zielonego o oczach jak rubiny, o takim blasku, że cała kociarnia zajaśniała szkarłatną poświatą.
Głośny krzyk zakłócił tę chwilę. Opiekunka, całkiem nieświadoma tego, jaka zmiana zaszła w kociarni, próbowała przełożyć nową do klatki.
– Ty ruda małpo! – zawołała, trzaskając drzwiczkami od klatki.
Cisza, poświata, Ona i ja. Nic, ale to nic, dla mnie na tym świecie w tym momencie się nie liczyło – jaki ja byłem naiwny.
Na miękkich łapkach zacząłem powoli podchodzić do klatki, w której przebywała Nowa, nie było jej widać. Pewnie siedziała w wiklinowym koszyku. Gdy byłem jakiś metr od niej, koszyk zaczął burczeć, a woń, jaka roztaczała się, całkowicie mną zawładnęła.
Teraz nie było już odwrotu. Musiałem podejść i ją zobaczyć. Nerwowo zacząłem oblizywać koniuszek nosa, źrenice rozszerzyły mi się do granic możliwości, a serce waliło jak oszalałe. Powoli, jak najciszej skradałem się ku mojemu przeznaczeniu.
Ostatni odcinek wydawał się wiecznością, buczenie się nie nasilało, a nawet zaczynało  brzmieć mniej zdecydowanie.
Stanąłem przed klatką. Nic się nie wydarzyło, przysiadłem na łapkach i z szeroko rozwartymi powiekami wpatrywałem się w czerń wiklinowego koszyka, na którego dnie gorzały dwa zielone płomienie źrenic.
Nic się nie działo, noc upływała w ciszy i bezruchu. Nie drgnąłem, a Jej oczy  wpatrywały się we mnie intensywnie. Dla mnie mogło tak trwać do końca świata.
Aż podskoczyłem – pod niespodziewanym dotknięciem – skulony spojrzałem na górującą postać zielonego Anioła
– Ja nic… – wyjąkałem.
– Lubisz Meg – stwierdził.
– Meg, Meg – powtarzałem, pierwszy raz słysząc takie imię – a co to znaczy?
Czerwień jakby mocniej zajaśniała w spojrzeniu.
– Megan, to dostojne i szlachetne irlandzkie imię.
– Irlandzkie? – zabrzmiało nieme pytanie.
Jakbym patrzył w szkarłatną studnię, z której za chwilę miała wypłynąć szkarłatna lawa.
– Jest takie miejsce na ogromnym tym łez padole, gdzie są zielone łąki, na których polują beztroskie koty, a nad nimi latają spokojne anioły – przemówił głosem niskim i dostojnym.
Ten głos hipnotyzujący i ten szkarłat w spojrzeniu spowodował, że poczułem się całkiem bezpiecznie, ten wielki zielony Anioł już nie napawał strachem, raczej zacząłem wyczuwać majestat w jego osobie.
– Ale jeżeli jest takie miejsce, to co robicie tutaj? – spytałem.
Z tego dalekiego kraju kiedyś przyjechali ludzie, tacy normalni: on, ona i ich młode żyli pracowicie i spokojnie, aż zapragnęli mieć kota. Jakiś czas poszukiwali, aż w końcu od znajomych dostali małego i przeuroczego kociaka Megan.
Megan miała wtedy 65 dni i 15 godzin, pamiętam, jakby to było wczoraj, a minęło już kilka lat. To były piękne dni. Dziecko bawiło się z Meg, a i dorośli zawsze znaleźli chwilkę na zabawę i pieszczoty. Mała szybko dorastała, stała się pięknym kotem z cudownym charakterem, o pręgowanym futerku w kolorze zachodzącego słońca.
Wydawało się, że nic nie zmąci tej harmonii, aż pewnego dnia On powiedział że muszą tu wracać. Był płacz i lament. Megan bardzo mocno to przeżyła, to był jej dom. Nie chciała wyjeżdżać, ale z drugiej strony to byli jej ludzie i choć nie było jej łatwo, to pożegnała daleki zielony Irlandii brzeg, wybrała ludzi.
Tutaj nie było łatwo, nowe zapachy, jedzenie, żwirek i nowa zieleń, ale byli kochani ludzie i choć często siedziała w oknie, spoglądając w dal, nie były to najgorsze dni.
Nic nie zapowiadało tragedii. Któregoś dnia On wrócił z pracy, powiedział, że musimy wyjeżdżać jak najszybciej, wymienił jakąś dziwna nazwę, wziął kontenerek wsadził Meg, która była tą sytuacją zdezorientowana, i wyniósł do garażu, „żeby dzieci nie widziały” – tak mówił.
Siedziałem przy mojej rudej księżniczce i widziałem, jak w ciągu nocy z jej oczu pełnych radości powoli znika blask, zamieniając się w ból, strach i niedowierzanie.
Rano, jeszcze przed świtem, On wsadził Megan do samochodu i przywiózł w to miejsce, zostawiwszy pod płotem z kartką.
To cała historia ludzkich uczuć i kociego bólu.
Odszedł, a ja zostałem nie mogąc wykonać ruchu, w mojej kociej głowie nie było miejsca na takie historie. Tej nocy nic się już nie wydarzyło, ja trwałem przed klatką, a z klatki patrzyły zielone oczy.
W dzień Megan nie wychodziła z koszyka, nie jadła, ja przemykałem chyłkiem, tak aby cały czas mieć jej klatkę w zasięgu wzroku i aby nic nie uszło mojej uwadze.
Wieczorami, jak nikogo już nie było, podchodziłem jak najbliżej i czekałem.
Wydawało mi się, że kotka spogląda na mnie coraz łagodniej, ale mimo że dni upływały, to nic się nie zmieniało: nadal moja wybranka była dla mnie tajemnicą.
Pewnego słonecznego dnia Ona wyszła i w całej okazałości stanęła w promieniach słońca, na kociarni zajaśniało, a ja stanąłem jak wmurowany, refleksy tańczyły jak płomienie na jej rudo płomienistym futerku.
Pognałem jak na skrzydłach do niej. Stała bez ruchu, bacznie mnie obserwując z lekka figlarnym uśmiechem. Jej szafirowe oczy prześwietlały mnie na wskroś, onieśmielony mogłem tylko stać i obserwować, a ona jakby specjalnie zaczęła obracać się powoli na swoich bardzo długich i smukłych łapkach, głowę niosła wysoko, ciało miała wyprostowane, a ogon sterczał jej do góry niczym antena. Po wykonaniu pełnego obrotu, który trwał wieczność, przeciągle spojrzała mi w oczy i z gracją zniknęła w swoim koszyku. Długo gapiłem się w miejsce, gdzie przebywała jeszcze przed chwilą, przed moimi oczami wirował świat w kolorach płomieniście rudych, w mózgu kłębiły mi się myśli zbyt szybko, aby je uchwycić, a serce wyrywało się na zewnątrz.
Po chwili jedna myśl przybrała kształt: „to dla mnie, Ona mnie lubi”, i jak szalony pogalopowałem po kociarni, wskoczyłem na półki, biegnąc po nich, strącałem kocyki i poduszeczki. Skacząc na stół, przewróciłem miskę z wodą, a w szalonym galopie po podłodze wywijałem koziołki.
Modi zwariował – ten okrzyk spowodował, że się opamiętałem, resztę dnia przeleżałem w swoim legowisku, rozmyślając o czekającej mnie nocy.
Kiedy otworzyłem oczy, było ciemno. Zerwałem się gwałtownie, całkowicie obudzony, księżyc stał wysoko, a jego pełna gęba śmiała się ze mnie, a może do mnie. Promienie ścieliły się na podłodze dokładnie w kierunku jej klatki.
Wszedłem na tę drogę wprost ku przeznaczeniu, nie wiedząc, co niesie mi los.
Czekała na mnie wyprostowana, patrzyła, jak nadchodzę, starałem się iść jak najgodniej, słodko patrząc spod przymrużonych powiek prosto w jej oczy. Czekała na mnie, stojąc przy prętach, długo patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, coraz śmielej zbliżałem pysia do krat Jej pysio też powoli zbliżał się do mojego, potarliśmy się policzkami, powoli wymieniając zapachy. Z mojego gardła bezwiednie zaczęło dobywać się rytmiczne mruczenie. Po pewnym czasie zbliżyliśmy się do siebie i dotknęliśmy się noskami. W tym momencie przeskoczyła między nami iskra i jak oparzeni odskoczyliśmy od siebie. Tak upłynęła nam noc, w trakcie której w moim sercu zagościły miłość i nadzieja.
Słonce już świeciło wysoko, kiedy wróciłem do swojego legowiska, gdzie mogłem rozmyślać, przysypiać i marzyć.
Z tego błogiego stanu wyrwał mnie głos: – dzień dobry moim kociastym. – O, szczebiocząca nas odwiedziła – leniwie pomyślałem. Kręciła się dłuższą chwilkę, zaglądając boksów i klatek, aż trafiła na Meg. – Jejku, jaka piękna kicia, łał – ten okrzyk wyrwał mnie z błogiego lenistwa. – Ona jest moja! A kysz, siło nieczysta.
W tym momencie drzwi się otworzyły i stanęła w nich banda człowieków z kontenerem w rękach, dreszcz przebiegł mi po grzbiecie.
– Dzień dobry, my chcieliśmy małego kotka – obwieścili od wejścia.
– O, to ja może państwu pokażę, ale  teraz nie ma małych kotków, jest przecież 14 lutego – powiedziała szczebiocząca.
– Nie ma – zabrzmiał chór zdziwionych głosów. – No to jak nie ma małych, to jakie są?
Zaczęli oglądać poszczególne koty w klatkach i boksach. Ten za mały, tamten za czarny, a inny jeszcze za stary. – Żadnego nie wybiorą – pomyślałem.
Wtedy szczebiocąca powiedziała: – A jest jeszcze jedna taka ładna ruda kotka, niedawno przyszła – i zaprowadziła ich wprost do klatki Megan.
– O, to jest kot – powiedział największy.
– Jaki słodziutki i będzie pasował do sofki – powiedziała najokrąglejsza.
– Tatusiu, ja chcę tego kotka, natychmiast! – zawołało najmniejsze, podskakując i klaszcząc w ręce.
– O nie, odejdźcie, nie możecie mi tego zrobić – serduszko Modiego zamarło w pół taktu, a z gardła wydobył się tylko cichy skowyt – Nieee… O Meg…!
Wszystko, co wydarzyło się później, było dla Modiego całkowicie nieistotne. Do wieczora nic nie przebiło się przez ocean smutku, w którym dryfowało serce kota.
Tej nocy nikt nie zmrużył powieki w schronisku, psy na przemian to ujadały, to wyły, nocny portier powiedział rano, że takiego koncertu to on nie pamięta, jak żyje. A powodem tego zamieszania był Modi, który całą noc śpiewał do księżyca o swoim bólu:

O Maggi, ruda Mag
Co złamałaś serce me,
Nie zobaczę twej sylwetki już we mgle
Stałaś się moim marzeniem
I marzeń tych spełnieniem
Nie zobaczę już nigdy więcej cię
O Maggi, ruda Mag
Wywieźli Ciebie hen za horyzont, na odległy pusty brzeg
Złamałaś serce moje, pękło dziś na dwoje.
O Maggi, Maggi, Mag…

Modi6.0

Epizod V „Maverick”

– Śpisz? – zabrzmiał głos z ciemności – Dawno nie gadaliśmy.
–Śpię  – burknął Modi i otworzywszy jedną powiekę, zapytał: –Jak mnie znalazłeś?
– Ja wiem wszystko, czyżbyś zapomniał? – powiedział Anioł – Wydaje ci się, że tak sam wyszedłeś i myślisz, że cuda się zdarzają, ale nie w moim świecie.
Modi, rozbudzony już na dobre, z przejęciem zapytał: – To ty mnie wypuściłeś? Tak podejrzewałem. Ale jak? Przecież cię nie widziałem.
– Oj, ty głupi kocie, co ty wiesz – szyderczo zaśmiał się Mroczny Anioł – jak szczebiocąca się odwróciła, aby odejść, skrzydłem przesłoniłem jej oczy, a ona, zapomniawszy o tobie, pobiegła i zostawiła otwartą klatkę. A i w czasie poszukiwań niejednokrotnie chowałem cię pod moimi skrzydłami.
– No dobra, ale po co mnie budzisz?
– Coś mi leży na  duszy i gryzie. Muszę ci coś opowiedzieć – powiedział Anioł i  zaczął swoją opowieść:

„Maverick – kot srebrny, beztroski i radosny, który uwielbiał bawić się orzeszkiem, włoskim orzeszkiem jasnym, dojrzałym, w którym coś grzechotało  przyjemnie i delikatnie w czasie turlania.
Orzeszek nie był pusty, ale też nie był pełny.
Maverick orzeszka dostał tuż przed świętami i od tej pory była to jego ulubiona zabawka: turlała się i podskakiwała, jakby żyła  własnym życiem. A  co najważniejsze, dostał orzeszka od swojej ukochanej Dużej.
A Duża była przekochana: pozwalała swojemu pupilowi prawie na wszystko. Mógł biegać po szafkach, półkach. I miała czas, aby z nim się bawić, oraz na wspólne oglądanie telewizji (tzn. kociak raczej spał).
Tego dnia, a było to wiosną, promienie przedpołudniowego słońca wpadały do pokoju przez otwarte drzwi balkonowe.
Maverick polował na orzeszka, właśnie zjadł kurczaka z marchewką i zagryzł kilkoma chrupkami. Duża krzątała się po kuchni, szykując coś dla innych dużych.
Orzeszek schował się za nogą od stołu, kot zaatakował. Ofiara odfrunęła pod ścianę. Po następnym ataku odturlała się pod kanapę, ale tylko na chwilę. Koci sus  wybił orzeszka pod kredens, następnie na środek, pod drzwi, w prawo albo w lewo, aż znieruchomiał ukryty na środku dywanu.
Maverick ocenił odległość, przysiadł na przednich łapkach, pokręcił tyłeczkiem i już miał dać susa, ale szmer z tyłu go rozproszył. To Duża stała w drzwiach i z uśmiechem obserwowała swojego pupila.
Maverick jeszcze raz się koncentrował. „Już ja go złapię, złapię i pokażę Dużej, jaki jestem łowny kot”, pomyślał i skoczył. Wylądował przednimi łapkami na orzeszku, przeturlał się do przodu, a wtedy orzeszek wystrzelił w powietrze zatoczył łuk i spadł na próg drzwi balkonowych, znieruchomiał na chwilę, zakołysał się i stoczył w jasność balkonu. Kociak oniemiał. „On żyje… ucieka…” – pomyślał i pomknął za oddalającą się zdobyczą, jak nakazuje instynkt, prosto w blask słońca…
Czarny cień przemknął poprzez smugę światła, na jedno mgnienie powiek skrywając świat nocą i nie było jutra …”.

Cisza ponad nami
Martwo w noc się niosła
Słowa wibrowały na smugach księżyca
Żaden dźwięk nie zmącił
Pełni nocy martwej.

Modi3

Epizod IV  „Wolny?”

Dzień zaczął się  tak dziwnie. Coś wisiało w powietrzu. Nawet słonce wstawało   powoli.
W nocy przywieźli kogoś nowego. Gdzieś tam miałczał samotny. Jak wchodziła pani opiekunka, też jakiegoś przyniosła. Ten dla odmiany był cichy i przerażony.
Tak  wychodziło, że dzisiaj jest ten dzień, kiedy przychodzą te panie, które nas miziają, choć raczej miziają tych nowych, a o nas, kotach, które tu są, już nie pamiętają.
I faktycznie. Już po śniadanku nagle otworzyły się drzwi i wpadły chyba ze trzy szczebioczące i wołające: „O, jaki ładny kocio”. I zaczął się kocioł. Coś mi mówiło, że jutro będzie inne.
Tradycyjnie najpierw rozbiegły się po kociarni, szukając nowych. Wyciągały z klatek, miziały, karmiły i robiły fotki. Po prostu w każdy możliwy sposób męczyły te biedne istoty, choć niektóre, nie powiem, wyglądały na zadowolone.
Jak „skończyły” im się nowe, to Szczebiocąca podeszła do mojej klatki i otworzyła ją. Miała tę samą rybkę co wtedy i tak samo powiedziała: –Jaki piękny kocio, jedz rybkę, dobra rybka, kochany Modi.
Jakoś mnie to rozczuliło. Spojrzałem w te jej niebieskie oczy i zobaczyłem w nich dobroć. Nagły krzyk: – Dziewczyny, ratunku, kot uciekaaa… przerwał tę magiczną chwilę.
Szczebiocząca zerwała się na równe nogi, trzasnęła drzwiczkami i popędziła na ratunek, a ja jak zahipnotyzowany patrzyłem, jak drzwiczki z lekkim skrzypieniem powoli  otwierają się  na całą szerokość.
Wyjść czy nie wyjść? Co tam jest? Niby to widzę codziennie, ale jak tam jest, to zupełnie nie wiem. Powoli zbliżyłem się do wyjścia i nieco przestraszony popatrzyłem na to, co jest po drugiej stronie siatki.
Podjęcie decyzji przyspieszyło pojawienie się Szczebioczącej, która wyraźnie zmierzała w moją stronę. Jej krzyk: – O, nie! – spowodował, że wystrzeliłem jak z procy na podłogę. Skręt w prawo i dałem nura pod regał.
– Modiii… Stójjj…– wołała z płaczem w głosie – O nieee…
Pod regałem było pełno kurzu i pachniało  tak dziwnie. Starością? Ale nie było wygodnie, wyszedłem z drugiej strony i wspiąłem się na górę, a tam były kołdry i poduchy. W sam raz dla kota. Od dzisiaj będzie to moje królestwo.
Ale na razie byłem poszukiwanym uciekinierem, i to poszukiwanym przez kilka osób. Zaglądali pod regały, przesuwali klatki, wołali, ale po pewnym czasie została tylko Szczebiocząca, która na kolanach łaziła po podłodze, wołając: – Modi, koteczku, chodź do mnie!
Z góry był to nawet zabawny widok.
W końcu wszyscy poszli i zostałem sam. Zupełnie sam, bez klatki, bez miski, zdany na siebie, choć ta wolność miała tylko kilka metrów więcej.
Tak zaczyna się prawdziwa opowieść o wolnym kocie żyjącym w niewoli.

Epizod III  „Maniek
Dzisiaj wstawili pojemnik z kotem, dziwna woń się z niego roztaczała, ale mieszkaniec wyglądał całkiem dobrze.
Szczebiocząca z jeszcze kimś przenieśli go do klatki obok, nazwały Maniek. Dziwnie się przy tym spieszyły i nerwowo  zachowywały .
Szybko zamknęły drzwiczki i pobiegły umyć ręce.
Maniek spokojnie leżał w kącie, mogłem go poobserwować.
Był stary i los nie obszedł się z nim łagodnie. Futro w burym kolorze miał w nieładzie, gdzieniegdzie posiwiałe i przerzedzone, uszy postrzępione. Obrazu całości dopełniały oczy: duże, zielone, pełne spokoju i dostojeństwa. Oczy kota, który widział już wszystko. Nad całą tą postacią unosiła się woń – ziemi, zgnilizny i śmierci.
Nagle burknął: – Co się gapisz?
Na dźwięk tego głosu futro na karku  mi się zjeżyło. Dostałem gęsiej skórki. Już miałem się ukryć, kiedy dostrzegłem Anioła.
Anioł też był dziwny. Siedział obojętnie w rogu klatki. Był czarny, skrzydła miał postrzępione, a oczy w kolorze nieba zaglądały w najdalszy zakątek duszy.
Tego jak na jeden dzień było za wiele. Dałem nura pod koc, z głębokim przeświadczeniem, że nie wyjdę stąd dopóki, dopóty ta para będzie obok.
Jakoś wytrzymałem do wieczora, wyjrzałem powoli jednym okiem.
Maniek siedział na wprost i parzył mi prosto w oczy. Poczułem chłód, jakby ktoś przyłożył mi lód do grzbietu.
– Podejdź – powiedział i nie czekając, zaczął swą opowieść:
– Byłem tyci, tyci, kiedy trafiłem do Apolonii. Była to cudowna dama o wielkim sercu dla wszystkiego, co żyje. Spędziłem u niej wiele lat, a były to lata radosne i szczęśliwe. Nie brakowało mi niczego: miałem dom, sad, zabawki i kochające ręce do głaskania, kolana do spania. I mówiła do mnie – mój ty Aniołku.
Raj, po prostu koci raj. Do czasu.
Pewnego dnia przyjechała młodsza pani –nigdy jej nie lubiłem. Schowałem się pod fotel i obserwowałem. Długo rozmawiały, czasem coś krzyczały. Na koniec Apolonia się popłakała i usłyszałem: – On nie jest tego wart, starych drzew się nie przesadza, opamiętaj się, córuś.
Niedługo potem przenieśliśmy się do małego mieszkanka. Raju już nigdy nie zobaczyłem.
Apolonia nadal mnie sadzała na kolanach, nadal mnie głaskała swoimi rękoma, tylko teraz te ręce nie były już tak kojące, a z oczu płynęły jej łzy, kiedy mówiła: – Tylko ty mi zostałeś.
Któregoś dnia coś się stało. Był ruch, obcy ludzie zabrali gdzieś Panią i nigdy już jej nie widziałem. W domu zostałem sam.
Po kilku dniach, kiedy w misce było pusto, a w kuwecie wprost odwrotnie, przyszła młodsza pani z jakimś człowiekiem. Ten człowiek był inny, takiego jeszcze nie widziałem. Ruchy miał zdecydowane, sprężyste, patrzył oczyma, które wszystko widzą. I zobaczył mnie pod tym fotelem.
– A kot co tutaj robi? – zapytał, a w jego głosie nie było nawet cienia sympatii. Wsunąłem się odrobinkę dalej.
– A kot , to taki gratis – zaśmiała się nerwowo. – Nikt nie chciał mi pomóc w pozbyciu się tego starego burasa.
– Gratis, co znaczy: pozbyć się?. Zresztą nieważne, jak Pani wie, praca nie pozwala na posiadanie zwierząt, ale na razie niech zostanie.
Zamieszkaliśmy razem, to znaczy ja pod fotelem, a pan w całym mieszkaniu.
Ryszard – tak miał na imię – kupował jedzenie, ale  nie za smaczne, nie brał na kolana i
niespecjalnie się mną interesował. Do momentu, w którym wymyśliliśmy nową zabawę.
On rzucał smakołyk, a ja wybiegałem po niego spod fotela. Wtedy Rysio składał dziwnie palce w moją stronę i robił Pif, paf. Ja wtedy uciekałem, a on się śmiał.
Pewnego dnia spakował worek, włożył zielone ubranie, wyciągnął mnie spod fotela, uniósł na wysokość twarzy i powiedział: – Życz mi szczęścia, jadę bardzo daleko i mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
Nie życzyłem mu szczęścia, juz się nie spotkaliśmy.
Po jakimś czasie przyszła Młodsza pani z jakimś facetem.
– Wyobrażasz sobie – mówi do niego – pojechał i dał się zabić, a dobry był z niego klient: płacił na czas. A  teraz trzeba szukać nowego najemcy.
– Dobra, dobra, a co z kotem? – rzekł facet.
– Co? Co głupio się pytasz? Tak, jak się umówiliśmy: do wora i do rzeki, nowy klient nie chce kota.
Dorwał mnie ten gość, zabrał do samochodu i pojechaliśmy, nie wrzucił mnie do rzeki, zostawił mnie pod murem cmentarza* i powiedział: – Od dzisiaj to twój dom.
Właśnie wtedy przyplątał się do mnie ten Anioł powiedział, że zostaniemy już razem do końca.
Zamieszkałem na cmentarzu, bury kot przemykający wieczorem pomiędzy nagrobkami.
Ile razy słyszałem przekleństwa i okrzyki pod swoim adresem: – A kysz, moco nieczysta. Ile razy ktoś rzucał kamieniem, ech, nie zliczysz.
Pewnej nocy spotkałem tam Apolonię. Była inna, poznała mnie, ale była obca i to nie było już tak, jak chciałem.
Przemykałem alejkami, wzbudzałem strach i obawę, ludzie mnie unikali. Przypisywali mi magiczne znaczenie, a ja po prostu chciałem żyć jak kot domowy i szukałem człowieka.
A anioły się ze mnie naigrawały: – Idzie bury, co duszę w worku niesie.
Do wczoraj. Przyjechali po mnie, złapali i przywieźli tutaj, a Anioł powiedział, że już czas, dlatego ci to opowiadam. Dziś obejrzę ostatni wschód.
Ostatnim obrazem, jaki pamiętam, jest cień skrzydeł spowijający Mańka i szum unoszący się ponad głową.

A w nocy, kiedy oczy nie widzą,
Cienie przechodzą poprzez światy
I tańczą w blasku ognia dogasających zniczy,
A skrzydła aniołów szumią ponad cieniami,
Zagarniając liście na znikające ślady.
W noc duszną, noc parną,
Prowadzeni światłem gasnących źrenic,
Wszyscy tam zatańczymy.

Aniołek2

Epizod II „Nadzieja”

Z dedykacją dla jednego takiego Duszka ;-)

W nocy był  ruch. Wstawili pojemnik, a w nim kota. Nie było go widać, ale  czułem jego strach i przerażenie – jakże to znam. Siedział tak do rana, przerażony, wystraszony, w obcym miejscu, w klatce.
Rano przeniesiono go do klatki obok. Zerknąłem na niego jednym okiem z ukrycia. Siedział bez ruchu z szeroko otwartymi oczami, a spojrzenie miał tak puste, obojętne. Jego oczy nie wyrażały niczego. A kot to był czarny i wielki.
Później, znacznie później, zaczął dochodzić do mych uszu niski, mruczący głos, jednostajny, monotonny, wszechobecny.
Nie zwracałem na to uwagi, ale w nocy miałem już dość. Przysiadłem przy kracie na wprost nowego i patrzyłem. Te jego oczy nie były puste, były nieobecne, a z gardła dochodził głos, jak by śpiewał, właśnie śpiewał, tak jak koty potrafią najlepiej.
Ja nie zaśpiewam, ale brzmiało to mniej więcej tak:

Koty mają zmartwienia
Problemy nie do zniesienia
Z niezrobionym czesaniem
Z porannym wstawaniem

A mnie martwi, że nic nie wie, o nie
O tym, co w schronisku dzieje się
Ona o mnie nie wie nic i tak
Pozostanie, bo tu właśnie jest tak

Wszyscy mamy pragnienia
Wspomnienia do zapomnienia
Domki do wymarzenia
To ukryte pragnienia

A mnie martwi czarna z VIII „b”
Teraz wiem, że ona przyjdzie po mnie
Świat rozbłyśnie wtedy tęczą barw
Jej kolana, dotyk – cały mój świat
.
.

Najpiękniejsza czarna jest obok mnie
Wypłowiały zdjęcia z tamtych lat
Choć nie zawsze było jak w pięknym śnie
Dawnych zmartwień nie żałuję, o nie…*

Głupie, jakże to głupie. Cały czas on tak śpiewał. Dni mijały, brzmiały obce głosy, a on nadal śpiewał. Nawet nie jadł. Nikł, w oczach gasł, ale śpiewał o tej swojej czarnej. Ale czy można żyć nadzieją?
Któregoś dnia zajrzała Szczebiocząca najpierw do mnie, ale jak dostrzegła Czarnego, zaraz te swoje: „Kocio, jaki piękny Kocio” i łapsk go  karmić tymi smakołykami, a ja?
Czarny śpiewał, a dziewczyna nic nie rozumiała, tylko w krzyk: „O, jaki gadułka, jaka fajna gadułka”.
Aż pewnego dnia, pamiętam, padał deszcz, weszła Ona. Była czarna, znaczy futerko miała czarne i mokre. Cisza się zrobiła taka, że słychać było anioły na zewnątrz, a ona stała. Sąsiad umilkł, powoli podeszła do nas. Zamarłem, ale nie patrzyła na mnie. To trwało wieczność. Czarny patrzył w dół, ona na niego. Powoli przysunęła pyszczek do klatki i cichutko, drżącym głosem powiedziała: – Miś? I już wyraźniej: – Czarny Miś? A on jak za dotykiem anioła podniósł łeb, zaczął prostować grzbiet, a jego sierść zaczęła nabierać blasku. I patrząc Jej w oczy, powiedział: Czarny Miś!. Nie wiem, co Ona zrozumiała, ale jak porwała go z tej klatki, to już nie oddała, a on śpiewał:

A mnie martwi czarna z VIII „b”
Teraz wiem, że ona przyjdzie po mnie
Świat rozbłyśnie wtedy tęczą barw
Jej kolana, dotyk – cały mój świat

Mam nadzieję, że jest szczęśliwy, do schroniska już nie wrócił, mruczy gdzieś tam tej swojej czarnej piosenkę, którą tylko on rozumie, a Ona słucha sercem.

*Tekst po przeróbkach: Marek Andrzejewski „Czarna z VIII b”

***********************************************

MODI

Epizod I „Trudny początek”

Witam, jestem Modi, choć kiedyś byłem Klemensem, bo tak nazwała mnie Zenobia dawno, dawno temu, w innym miejscu i innym życiu.
Modi – co to znaczy, nie wiem, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
Oglądam ten świat z oddalenia, z góry, zza rogu, tak by widzieć, ale nie być widzianym, i oto on: mój świat.

Modi

Ale od początku.
Trafiłem tutaj chyba latem, w domu, moim domu, zapanował dziwny i niecodzienny ruch . Ukryłem się pod wersalką, ale czyjeś ręce mnie stamtąd wyciągnęły. Wsadzono mnie do klatki i przywieziono tutaj , do miejsca obcego i pełnego obcego zapachu, zapachu strachu. Czuliście kiedyś strach? Lepiej, żebyście nigdy nie poczuli.
Trafiłem do klatki, małej i ciasnej – ja, kot, który biegał po całym wielkim mieszkaniu. W klatce były miski, kuweta i budka-domek.
Schowałem się w tym domku, zakopałem pod kocem, chciałem zniknąć. Jeśli ja czegoś nie widzę, to tego tu nie ma.
Głodny wyszedłem do miski, ale to, co w niej znalazłem, nie nadawało się do jedzenia.
Tak ukryty siedziałem bardzo długo. Słyszałem głosy, czasem ktoś zajrzał, zmienił miskę, sprzątnął kuwetę. Nadal udawałem, że mnie nie ma.
Pewnego dnia wróciłem do domu, do Zenobii. Było jak kiedyś: znajome zapachy, pełna miseczka gotowanego mięska i ręce, te ręce, takie kojące. Czuję ich dotyk nadal. W  półśnie ktoś mnie wyciąga z ukrycia, słyszę czyjeś szczebiotanie: „Kocio, jaki śliczny kocio”. Ktoś mnie przytula, nie zależy już mi na niczym, nie mam siły i ochoty, chcę spać i nie być.
I ten szczebiot, jak nakręcony tylko: „Kocio” i „kocio”, jednostajny i monotonny. A do tego to coś pakuje paluch do mojego pyszczka, obsmarowany w jakiejś rybie. O zgrozo, ale rybka budzi wspomnienia: Zenobia! Tak jak kiedyś żuję od niechcenia, a szczebiot staje się radosny – „Smakuję kociowi, to damy jeszcze, jedz, biedaku, jedz”. No to trochę zjadłem. Nie powiem, było niezłe i to pierwszy prawdziwy posiłek, odkąd tu jestem.
Resztę dnia przesiedziałem schowany w kącie pod kocem. Wyjrzałem w nocy, jak nikogo nie było. Wtedy przyszły anioły, pierwszy raz je widziałem:

Cisza taka, że słychać szum skrzydeł ponad nami
Anioły nad schroniskiem latają stadami
Oderwał się od braci jeden anioł blady
Cichutko przycupnął z rozpostartymi skrzydłami
Drżącą swoją ręką zamknął zgasłe oczy
I uniósł do nieba małą kocią duszę
Tam, gdzie bezpiecznie, tam, gdzie już nie boli

To, co dzieje się w schronisku, jak nie ma ludzi, jest i pozostanie naszą tajemnicą.
My, koty, jak patrzymy ponad waszym ramieniem w jeden punkt,  widzimy anioły, wszystkie anioły. To jest magiczna chwila, a więc jej nie przerywajcie.

Może się spotkamy.
Tu lub na końcu świata.



KOTYlion – z miłości do kotów

Strona powstała z miłości do kotów i z potrzeby niesienia im pomocy.

Jesteśmy grupą ludzi, których połączył jeden cel - pomoc kotom porzuconym, niechcianym, niczyim.

Jesteśmy z Łodzi i pomagamy przede wszystkim łódzkim kotom.

Grupa Kotylion znajduje się pod opieką Fundacji Viva! Jesteśmy formalną grupą, działająca na rzecz pomocy kotom, tworzącą domy tymczasowe, pomagającą kotom wolno żyjącym i przebywającym w Łódzkim Schronisku dla Zwierząt oraz sterylizującą koty wolno żyjące.

Jeśli chcesz wesprzeć nasze działania możesz dokonać wpłaty darowizny na nasze subktonto w Fundacji Viva!, z którego wszystkie zebrane środki są przeznaczane na pomoc naszym podopiecznym. Grupa KOTYlion, jako projekt Fundacji Viva! posiada status organizacji pożytku publicznego, zatem każda wpłata na nasze konto może być odliczona od podatku.

95 2030 0045 1110 0000 0255 4830
Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kawęczyńska 16 lok. 39
03-772 Warszawa
KRS 0000135274
NIP: 525-21-91-290
Dla przelewów zagranicznych:
SWIFT PPABPLPKXXX
IBAN: PL95 2030 0045 1110 0000 0255 4830
PayPal:
kotylion.pl@gmail.com