Kocie opowieści

Rysiek na gigancie, czyli dlaczego warto czipować zwierzaki

Zgłoszenie jak wiele innych: „Od kilku dni na jednym z łódzkich podwórek koczuje zadbany kot, domowy, gdyż łasi się do wszystkich przechodniów, jest dokarmiany, okolica sprawdzona, nikt go nie szuka…co robić?”  Nie zastanawiając się, zabraliśmy tego olbrzyma z nadzieję, że jednak ktoś go szuka. Internet sprawdzony, ogłoszenia też i – brak takiej zguby. Pojechaliśmy zatem do lecznicy na przegląd i profilaktyczne odrobaczenie i odpchlenie, a tam niespodzianka. Pani doktor wykrywa mikroczip, a w bazie safe – animals pojawia się imię i nazwisko oraz telefon opiekuna.  Dzwonimy zatem do opiekunów naszej zguby, a tam radość przemieszana z niedowierzaniem, bo Rysiek to kot wychodzący, od czterech lat zawsze pilnował się domu, miesiąc temu wyszedł i nie wrócił. Oczywiście, że opiekunowie go szukali, ale w miejscach, gdzie Rysiek lubił chadzać. czytaj całość

Opowieści z Drugiej Strony Siatki – epizod VI „Mag”

MODI

Epizod VI „Mag”

Dzień chylił się ku zachodowi. Ostatnie długie cienie kładły się w kociarni. Ten błogi spokój zmąciły kroki na zewnątrz oraz pełne niezadowolenia buczenie dochodzące z kontenerka, który właśnie wniosła pani Weterynarz.
– Uważaj, ta cholera podrapała mnie po rękach i jeszcze ugryzła – powiedziała, wpatrując się w kontenerek. Buczenie się nasiliło, przechodząc miejscami w syk.
Aż mi sierść na karku zafalowała, a u nasady ogona poczułem mrowienie. Zapach nie mylił. „Dziewczyna” ostra, zdecydowana i z wiatrem w futerku.
Serduszko mocniej coś zaczęło pukać. „Oj” – pomyślałem.
Opiekunka wzięła kontenerek, z którego zaczął się wydobywać niski pomruk niewróżący nic dobrego.
– Znajdziemy Ci jakieś lokum – powiedziała, przechodząc wzdłuż rzędu klatek zazwyczaj pełnych hałasu, a teraz cichych, jakby pustych.
Cisza – dotarło do mnie – zupełnie nic się nie poruszyło. Poczułem, że na grzbiecie elektryzuje mi się sierść. Nim pomyślałem, że coś się musi wydarzyć, usłyszałem szum przechodzący w łoskot skrzydeł olbrzymiego Anioła, całego zielonego o oczach jak rubiny, o takim blasku, że cała kociarnia zajaśniała szkarłatną poświatą. czytaj całość

Jagódka (teraz Łapka) – historia o walce i miłości bez granic

Jagódka w swoim domu jest już prawie pół roku :-) Niedawno otrzymaliśmy wiadomość od Magdy – aż łezka się w oku kręci…

Kotka jest u nas prawie pół roku:) Ma się całkiem dobrze! Urosła troszeczkę, ale dalej jest malutka.
Uwielbia spać na kanapie i przytulać się do nas. Oczywiście, jak tylko kładziemy się do łóżka kociara przychodzi i kładzie się razem z nami. Aktualnie woli spać pod kołdrą niż na, więc wchodząc do łóżka musimy uważać, żeby nie położyć się na kocie;) Przymila się do nas, domagając pieszczot. I mruczy na zawołanie:)!
Stała się też wielką żebraczką – nauczyła się, że ludzie mogą dać jedzenie jeśli się trochę pokręci pod ich nogami pomiauczy! W związku z tym jak tylko usłyszy otwieranie lodówki to Łapka momentalnie materializuje się w kuchni ;-)
Jeśli chodzi o jej sposób poruszania, to niestety nic więcej nie dało się już zrobić :-(. Dalej chodzi o dwóch łapkach, ale jak się zastanowi, wolno wstaje, wchodzi na stół (tak, znalazła już na to sposób) albo gdzieś wdrapuje to jak najbardziej używa tej nóżki. W ograniczonym zakresie, ale zawsze. Czucia w ogonku nie ma, ale końcówką świetnie rusza.
Lubi się bawić, zaczepiać i jest bardziej jak pies niż jak kot, który chodzi swoimi drogami :-)
Z psem dogaduje się świetnie. Jeśli chodzi o nasze maleństwo – to w pierwszych 3 dnia była bardzo zainteresowana dzieckiem. Szczególnie, że jak małej nie było, to kociara spała w łóżeczku dziecka. Teraz już ją przeganiamy, póki malutka jest taka tyci, tyci. Chętnie dalej do niej zagląda i obserwuje.
Łapka ma się dobrze, jest kochana i chyba to jest najważniejsze!

*******************************************

Długa to będzie historia, bo krótko opisać się jej nie da. Będzie o najdzielniejszym kocie świata i Dużych, którzy nie bali się o tego kota walczyć.

Jagódka ma niespełna rok. W maju trafiła do schroniska, a po 2 tyg. była już pod naszą opieką. Jagódka prawdopodobnie uległa wypadkowi, w wyniku którego doznała urazu kręgosłupa. Tylne nóżki powłóczyła za sobą, ale była bardzo dzielna i spragniona kontaktu z człowiekiem. Konsultacje u specjalistów, w tamtym czasie, potwierdziły niedowład jednej nóżki, natomiast dały nadzieję na przywrócenie władzy w drugiej. Niestety nagle pojawił się nowy problem – koci katar który zaatakował tą dzielną, czarną istotkę. Jeszcze tydzień wcześniej wolontariusze planowali konsultacje u lekarzy i szukanie najlepszego domu, a tu zaczęła się walka o życie. Trwało to tydzień – leki, karmienie, sondy… Nie było łatwo… Przechodziły nam przez głowę różne myśli, ale takie decyzje podejmuje się niezwykle trudno. Gdy nie mieliśmy już żadnej nadziei, Jagódka „zaskoczyła” i wyszła z choroby. To był prawdziwy cud, choć wiedzieliśmy, że przed Jagódka jeszcze długa droga… Jagódka jednak  pokazała, że chce żyć, dlatego zobowiązaliśmy się zrobić wszystko, aby przywrócić jej choć częściową sprawność i sprawić, aby jej życie było jak najbardziej komfortowe. W Łodzi jeździliśmy z nią na masaże i konsultowaliśmy u różnych lekarzy, ale nikt nie potrafił wskazać przyczyny niedowładu tylnych kończyn bez specjalistycznych i bardzo drogich badań.

Niespodziewanie pojawili się wspaniali Duzi, którzy zakochali się w Jagódce i postanowili dać jej dom na zawsze. W dodatku Domek był z Wrocławia, gdzie są doskonałe warunki na diagnozę i leczenie tego typu przypadków. Udało nam się znaleźć specjalistyczną klinikę i lekarza, który zgodził się prowadzić leczenie Jagódki, tym bardziej, że ma doświadczenie w leczeniu tego typu przypadków. Oczywiście zobowiązaliśmy się służyć wsparciem finansowym i partycypować w kosztach diagnozy i dalszym leczeniu kotki. I tak na początku czerwca Jagódka zamieszkała we Wrocławiu :-) Bardzo szybko się zaaklimatyzowała i dogadała z rezydentami, otrzymała też nowe imię – Łapka;-) Odbyły się też konsultacje i szczegółowe badania – tomografia i rezonans magnetyczny, który nie wykazał zmian uciskowych rdzenia kręgowego ani nieprawidłowych sygnałów w jego zakresie. Po diagnozie rozpoczęła się rehabilitacja. Zanik mięśni u kotów postępuje bardzo szybko, a ich ubytek u Łapki był znaczny dlatego mięśnie trzeba było cały czas stymulować i ćwiczyć. Efekty pracy były widoczne – Łapka coraz częściej używała „lepszej” nóżki. Niestety prawa nóżka wciąż nie reagowała na elektrostymulacje i nie było widać żadnej poprawy – raczej przeszkadzała niż pomagała kotce w odzyskaniu sprawności i na początku lipca lekarz prowadzący podjął decyzję o jej amputacji. Wciąż jednak trwała rehabilitacja lewej nóżki, w której udało się przywrócić masę mięśniową. Łapka doskonale sobie radzi i bez problemu się przemieszcza. Używa czasem nóżki, ale nauczyła się funkcjonować bez niej i chyba tak jej wygodniej. Używa jej podczas zabawy, czy wspinaczki na kanapę. Nóżka nie jest bezwładna, mięśnie pięknie się odbudowały i teraz tylko Łapka musi nauczyć się jej używać w większym stopniu, dlatego wciąż uczęszcza na rehabilitację, która przynosi dostrzegalne efekty. Łapka, mimo iż nie używa jeszcze w pełni rehabilitowanej nóżki, nie widać aby cierpiała, czy odczuwała dyskomfort. Po prostu nie używa jej, bo jej mózg nie dostrzega jej w przestrzeni i nie widzi, aby coś było nie tak, jak powinno. Łapka się przemieszcza i doskonale sobie radzi. Jest bardzo towarzyska i ciągle domaga się pieszczot. „przybiega” rano gdy dzwoni budzik i jest zawsze obecna. Widać, że jest szczęśliwa, o czym świadczą zdjęcia przesyłane przez Dużych, którzy poświecili jej mnóstwo czasu, jeżdżąc czasem po kilka razy w tygodniu do lecznicy mieszczącej się na drugim końcu miasta. Widząc zadowoloną Jagódkę-Łapkę nie mamy wątpliwości, że było warto. Kosztowało to wiele pracy zarówno samą Jagódkę, jak i jej Dużych – to była naprawdę długa droga. Jagódka jest niesamowicie dzielną i pogodną kotką, przeszła naprawdę wiele mimo swojego młodego wieku. Chciała żyć i ta ogromna wola walki pozwoliła jej przetrwać te trudne momenty. To naprawdę wyjątkowa kotka i wyjątkowa historia z happy endem ;-)

Leczenie, diagnoza, operacja i rehabilitacja wymagała jednak ogromnych nakładów finansowych. Nie mogliśmy pozwolić, aby Domek sam pokrywał koszty leczenia i rehabilitacji. Oni i tak dal jej to co najcenniejsze – DOM.

Do tej pory zapłaciliśmy dwie faktury z kliniki opiewające na łączną kwotę 2635,00 zł.
Jest to dla nas niemała kwota, która mocno nadszarpnęła nasz budżet. O Jagódce pisaliśmy regularnie od maja, jednak nie udało się zabrać takiej kwoty. Dlatego będziemy wdzięczni za każdą darowiznę przekazaną na nasze konto:

95 2030 0045 1110 0000 0255 4830
Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva!
ul. Kawęczyńska 16 lok. 42a
03-772 Warszawa

tytułem: darowizna Jagódka

lub zakup wirtualnych KOTYlionków za pośrednictwem allegro: http://allegro.pl/show_item.php?item=4866094573

Dziękujemy !!!

Zuzanna – historia z podwójnym happy endem :)

Zuzanna lat 8, trafiła do Schroniska w listopadzie 2013r po śmierci swojej Opiekunki.
Cały jej szczęśliwy świat runął w gruzach, serce Zuzy pękło, a Ona postanowiła przestać żyć… Z rozpaczy i tęsknoty, przestała jeść, nie myła się, powoli gasła. Wkrótce przy życiu, na siłę, utrzymywały ją już tylko kroplówki.
I wtedy stał się cud, Dobry Ktoś wziął ją i jej dwóch kolegów do Domu Tymczasowego.
Wypatrzyłam ją w grudniu, w ogłoszeniu. Adoptowałam Zuzię dla mojej Mamy. Zuzia wypełniła pustkę po śmierci naszego ukochanego kota Misia, który był z nami aż 20 lat.
I tak od grudnia 2013 r. żyją sobie w miłości i harmonii dwie starsze Panie – Zuzia i jej Opiekunka Zosia. Zuzia z wychudzonego kota w depresji przemieniła się w piękną, szczęśliwą pięciokilową panterę kanapową. Jest bardzo miła, grzeczna i wdzięczna.

czytaj całość

Kocie opowieści. Demonek – pozory często mylą

Demonek trafił do Schroniska w Walentynki 2013. Czarny, prychający, w pierwszym kontakcie niezbyt przyjaźnie nastawiony do świata…. Wystraszony nowym miejscem i całym tym zgiełkiem, przy próbie bliższego kontaktu, posykiwał ostrzegawczo i uciekał w popłochu…
W karcie wpisano adnotację ”Dzikus”. Po kwarantannie trafił na ogólny boks i zamieszkał z innymi kotami. I tak mijały dni i tygodnie, Demonek oswoił się trochę z nowym miejscem i zrobił się coraz śmielszy. Prychał jeszcze wprawdzie, ale chyba tak z przyzwyczajenia. Zauważyliśmy, że chętnie bawi się papierowymi kulkami. W tej zabawie nie miał sobie równych. Szalał wtedy jak mały kociak i zapominał, że musi nas postraszyć swoim prychaniem. Udawało nam się nawet wtedy skraść mu kilka szybkich głasków, zanim się zorientował :-) widzieliśmy, że Demonek ma potencjał, aby stać się domowym kotkiem, ale na pewno nie w schronisku. Kilka osób było nawet zainteresowanych jego adopcją, ale poznanie Demonka na żywo szybko rozwiewało wszelkie wątpliwości…

Od pewnego czasu dało się zauważyć, że z uszkiem Demonka dzieje się cos niedobrego. Okazało się że w uszku są jakieś narośla, które zatykają kanał słuchowy, powodując tym samym ogromny stan zapalny, nie mówiąc już o problemach ze słuchem. Zabraliśmy Demonka ze schroniska do zewnętrznej lecznicy na zabieg. Po operacji i okresie rekonwalescencji miał wrócić do schroniska… – teoretycznie;-)

Operacja się udała, a uszko ładnie zaczęło się goić. Wprawdzie w dzień zabiegu Demonek dał popis swoich możliwości, ale już pod dwóch dniach pobytu w lecznicy, naszym oczom ukazał się zupełnie inny kot, który sam podchodzi do wyciągniętej ręki i nadstawa główkę do głaskania. Wprawdzie bucząc jeszcze coś pod nosem, ale bez agresji. Z dnia na dzień, Demonek oswajał się coraz bardziej i pokazywał, jak bardzo potrzebuje bliskości człowieka i codziennych mizianek, co cieszyło nas niezmiernie. I jak by tej radości było mało – szybko znajduje się dla Demonka domek. No nie mogło być inaczej – Demonek robił przed nową opiekunka takie piruety, że to musiało się tak  skończyć;-)

I tak oto ten sam Demonek, który jeszcze 2 tygodnie temu przemykał po boksie posykując ostrzegawczo, ten sam czarny „dzikus”, którego nikt nie chciał, w tak krótkim czasie okazał się być uwielbiającym pieszczoty kocurkiem. Wystarczyło tylko dać mu szansę;-)

Kocie opowieści. Oswoić schronisko

W łódzkim schronisku wolontariusze KOTYliona są obecni od kilku lat. Tak naprawdę, kilkoro z nas pojawiło się tam zanim powstała grupa KOTYlion, w majowy weekend 2007 roku. Nigdy nie zapomnę pierwszego spotkania ze schroniskiem, emocji związanych z tą wizytą. Od czasu tego majowego weekendu w schronisku regularnie pojawiają się osoby związane z KOTYlionem, na przestrzeni lat zmieniła się w dużej części ekipa wolontariuszy, zmieniło się schronisko, zmieniły się oczywiście koty. Tyle lat to dużo wspomnień, opowieści o kocich losach, czasem zakończonych happy endem, czasem smutkiem i łzami; jak to w życiu bywa. To również setki sobotnich i niedzielnych przedpołudni spędzonych na fotografowaniu, opisywaniu kotów, pomaganiu im, rozmawianiu z przyszłymi opiekunami, organizowaniu domów tymczasowych, zawsze kosztem wolnego czasu, własnych prywatnych spraw. Ale nikt z nas nie żałuje godzin spędzonych na zajmowaniu się schroniskowymi kotami. Te godziny dały nam masę wzruszeń, mnóstwo radości, sporo też łez – ale bilans wychodzi zawsze na plus. Te koty są cudownymi stworzeniami, często skrzywdzonymi przez los i potrzebują naszej pomocy czy choćby uwagi. I naprawdę, warto im pomagać . Warto pomagać, tym bardziej, że ludziom schroniska kojarzą się źle. Często słyszymy: „ ja bym nie mogła, jestem zbyt wrażliwa”, „serce by mi pękło”, „jakbym tam pojechał, zabrałbym wszystkie zwierzaki”. Nie namawiamy wszystkich do adopcji dwudziestu kociaków ze schroniska na raz, ale warto jest oswoić swoje obawy przed wizytą w schronisku i rozważyć adopcję zwierzęcia ze schroniska, jeśli planujemy pojawienie się kociego pupila w naszym domu. Naprawdę – wizytę w schronisku można przeżyć bez uszczerbku emocjonalnego. Bycie wolontariuszem można określić jako pewnego rodzaju pośrednictwo pomiędzy kotami a ludźmi chcącymi je adoptować. „Po drugiej stronie siatki”, czyli w schroniskowych pomieszczeniach i klatkach kryje się wiele cudownych zwierzaków. Mniejszych i większych. Pięknych i brzydkich. Kocich gangsterów i królów kanap. Burych i czarno-białych. Starannie ukrytych, przed ludźmi, którzy mogą stać się ich potencjalnymi opiekunami. My pomagamy się spotkać tym dwóm światom: kociemu i ludzkiemu. Tak bardzo nas cieszy każdy kot „zapakowany” do transportera, wyruszający do swojego własnego domu. Cieszy fakt, że są ludzie, dla których hasło „schronisko” nie jest etykietą dyskwalifikującą przy wyborze nowego domownika. Zachęcamy do spojrzenia w oczy schroniskowych kotów. Zobaczcie sami, jak patrzą przez siatkę, tak jakby na kogoś czekały. Może właśnie na Was?

 

Kocie opowieści. Farro – historia pewnej miłości…

Urodziłem się późną wiosną, jako dziecko dzikiej kotki… Beztroskie to były czasy – mama dbała, karmiła, a my z braćmi poznawaliśmy świat i uczyliśmy się odróżniać przyjaciół od wrogów. I nagla pojawił się On. Człowiek. Wróg. Zabrał nas od mamy i przywiózł do dziwnego miejsca – pełnego krat, klatek i innych kotów. Tak trafiłem do schroniska.
Byłem mały, bałem się – ale syczałem, drapałem i gryzłem z całych sił. W końcu zrozumieli, że mają mnie nie dotykać. Dali mi spokój.
Mijały tygodnie, miesiące, nastała pełnia lata – a ja rosłem. Powoli przyzwyczajałem się do tego miejsca – nawet nie było takie złe. Było ciepło, sucho, były miękkie poduchy do spania i budki do schowania się, była zawsze pełna jedzenia miska. Było dużo zabawek i masa kumpli do wariowania. Czasem przychodził też człowiek. Jesienią zaczęło ich przychodzić więcej. Nie chciałem się z nimi spoufalać, ale byłem ich ciekawy – zacząłem ich obserwować z daleka.

Raz w tygodniu przychodziła taka jedna… Siadała w kącie, gapiła się na mnie i do mnie gadała. Czasem przynosiła zabawki, czasem kurczaka i myślała, że mnie przekupi. Naiwna. Ja nie pies, żebym z ręki jadł, ja jestem dziki KOT. Zawsze miała taki aparat, co się rusza. Mówiła coś o domu, ogłoszeniach i zdjęciach. I o tym, że wcale nie jestem dziki tylko jeszcze o tym nie wiem. Nawet ją polubiłem i pozwalałem, by się ze mną czasem bawiła. Byle bez dotykania…
Pewnie bym się z nią zaprzyjaźnił, ale wtedy stało się coś strasznego – przyszedł ktoś obcy, złapał mnie i wywiózł. Mówił coś, że to dom. Koszmarnie było. Schowałem się pod łóżko, ale mnie stamtąd ciągle wyciągali. Ciągle ganiali, łapali, chcieli dotykać. Byłem przerażony. Znów gryzłem i drapałem i sikałem wszędzie. Po tygodniu odwieźli mnie z powrotem. Wróciłem. Co za ulga. Ale ludziom przestałem już wierzyć. Nawet na tą od aparatu patrzyłem nieufnie.
Któregoś dnia przyszła z inną – dużo do niej mówiła i nazywała ją Marta. Złapały mnie i wsadziły do torby. Kolejny koszmar, pomyślałem, ludzie są jednak beznadziejni.
Ale… ten dom był inny… Wyszedłem i nikt mnie nie ganiał. Nikt nie wyciągał spod łóżka, nikt nie zwracał na mnie uwagi, nic ode mnie nie chciał… Ciekawe… Robiłem, co chciałem, była miska z jedzeniem i zabawki. I masa nowych fajnych rzeczy… np. taki parapet z widokiem na podwórko…
Była tam też Sara – kilkuletnia kotka – ona mi opowiadała o tym domu i o Marcie… Że jest spoko i fajnie…
Pomyślałem – może warto spróbować? Powoli, ostrożnie, początkowo na dystans zacząłem się zbliżać. Trochę trwało nim dałem się pogłąskać. A kiedy to się już stało – zgłupiałem… To było miłe! Nawet bardzo miłe…

Niedługo skończę 2 lata. Tutaj mieszkam już od roku. Zaufałem. I pokochałem ludzi. Mam super dom i cudownego człowieka obok siebie. Mam też Sarę. Jestem szczęśliwy.
Któregoś dnia przyszła Ona – ta od aparatu. Znów przyniosła zabawki i smakołyki. Pomyślałem, że trzeba podziękować. Wskoczyłem jej na kolana, poprzytulałem się i pozwoliłem głaskać. A Ona się popłakała.
Dziwni są jednak trochę ci ludzie…

Kocie opowieści. Misia i Piracik. Lekcja z cierpliwości i wyrozumiałości.

Tym, którzy nie znają lub nie pamiętają historii Misi, pokrótce ją przypomnimy…

Jej Pani umarła, a kotka trafiła na ulicę i zamieszkała w piwnicy…
Znaleźliśmy ją i jej dzieci w krzakach pod blokiem, przy piwnicznym okienku. Była bardzo zrezygnowana i wydać było, że czeka aż coś zrobimy. Nie uciekała, tylko patrzyła na nas…
Cała kocia rodzina miała zaawansowany koci katar, jeszcze chwila, a kocięta potraciłby oczy…
Kotka była bardzo zabiedzona i potrzebowała opieki. Zrezygnowana patrzyła tylko na nas. Widać było że ma już dość… że nie poradzi sobie w opiece nad chorymi dziećmi… Ale ratunek przyszedł w porę i Misia od tego momentu była już bezpieczna.

Leczenie kociej rodziny trochę trwało, ale maluszki szybko znalazły nowe domy.  Najdłużej czekał Piracik – synek mamusi. Najbardziej podobny, zarówno wyglądem, jak i zachowaniem, do swojej mamy – Misi, której nie odstępował na krok.


Oboje byli jednak bardzo nieufni i bojaźliwi. A my baliśmy się, że nigdy nie przełamią swojego strachu i nie znajdą odpowiedniego domu… Bo kto pokocha takie „dzikuski”, których nie można pogłaskać i wziąć na ręce…?
Mijały tygodnie,  Piracik rósł i jego szanse na adopcję malały…

Wreszcie nastał Ten dzień, choć nie było łatwo, a rozłąka z ukochaną mamą nie sprzyjała aklimatyzacji. Ale Domek był bardzo wyrozumiały i cierpliwy. Pirat przemieszczał się tylko w nocy, a w ciągu dnia siedział w swoich kryjówkach.  Ale opłaciło się – równo po 2 tygodniach nastąpił przełom i Piracik zdecydował się wyjść z za kanapy i już tak zostało:)
Wyrósł z niego piękny kocur. Teraz, gdy minęło już 1,5 roku od adopcji, Pani Dominika twierdzi, że po prostu byli sobie pisani:)

Natomiast Misia czekała bardzo długo, a w tym czasie my pracowaliśmy nad jej bojaźliwością. Misia mimo swojego młodego wieku wiele przeszła, co bardzo odbiło się na jej psychice. W kontaktach z człowiekiem zachowywała dystans i nie pozwalała na bliższy kontakt. Absolutnie nie było mowy o braniu na ręce, o głaskaniu też raczej nie, a jak już, to tylko delikatnie jedną ręką i żadnych gwałtownych ruchów. Mimo to, Misia uczestniczyła w codziennym życiu i domowych czynnościach. Ale wszystko na dystans i bardzo ostrożnie. Nie było jednak w niej żadnej agresji, był tylko strach. Wiedzieliśmy, że tylko czas może tutaj cokolwiek zdziałać…
I po ponad pół roku, w sprawie adopcji skontaktowała się z nami Sylwia, która przeczytała historię Misi i zapragnęła jej pomóc. Właśnie takiego  domu Misia potrzebowała – świadomego, cierpliwego i wyrozumiałego, który zrozumie, że Misia potrzebuje czasu aby zaufać…
Zaraz minie rok, jak Misia jest u Sylwii. Oczywiście nie było łatwo, ale czas zrobił swoje:)

I tak Misia i Piracik znaleźli swoje miejsca na ziemi.
Cierpliwość i wyrozumiałość to chyba niewielka cena za ich miłość i szczęście:)
Dlatego nie bójmy się dać szansę takim kotom, które tylko z pozoru wydają się być niedostępne i nieufne. Nie bójmy się zaadoptować kolejnej Misi i kolejnego Piracika!

Terence – zanim z rozpaczy pęknie kocie serce… już w domu :)

Depresja – choroba coraz lepiej diagnozowana i leczona u ludzi. Duża zasługa popularyzacji przez media. Mało kto wie jednak, że zwierzęta też czasem chorują na depresję. W przypadku kotów najczęstsze przyczyny to: choroba somatyczna (ta depresja znika w toku prawidłowo prowadzonego leczenia głównej choroby ciała) i utrata domu, szczególnie utrata domu wielokrotna.

O depresji u kotów mówi się niewiele. Najwięcej mogliby opowiedzieć o niej wolontariusze schronisk dla zwierząt, obserwujący koty trafiające na kociarnię – szczególnie narażone są koty po zmarłych, koty porzucone, koty narażone na długotrwały stres, koty o delikatniejszej psychice, a także – koty powracające z nieudanej adopcji do schroniska. Te grupy są pod szczególną troską, nauczeni doświadczeniem wolontariusze starają się jak najszybciej znaleźć im nowe domy. Bo widzieli już, jak szybko mogą zniknąć koty w depresji, mogą po prostu przestać chcieć żyć. Koty, którym dopiero powrót do schroniska łamie psychikę i serce. Czas – szybka dobra adopcja – tylko czas może je uratować.

To trochę inaczej z ludzką depresją. Nie leki, ale – otoczenie i miłość mają główny zbawienny wpływ na kocią duszę.

Przestrogą niech będą historie Karola i Pascala z Łódzkiego Schroniska dla Zwierząt (są w naszym dziale Kocie opowieści). Dla tych kotów pomoc przyszła za późno albo nie przyszła wcale. Historia Terence’a toczy się TERAZ. Jeszcze jest czas, by uratować jedno kocie życie. Depersja zabija. Dosłownie. I wcale nie powoli.

Terence. Biało-bury dorosły kot. Jeden z wielu kotów czekających w łódzkim schronisku na nowy dom. Ma ok. 8 lat i po tygodniu od adopcji wrócił ponownie do schroniska. Powód?  bo – „jakiś taki chory i nie chce jeść…”

W schronisku zrobiono badania krwi, nie potwierdziła się informacja o braku apetytu – Terence je, normalnie je. Ale zachowuje się inaczej niż przed adopcją. Nie może się pogodzić z kolejną utratą domu, płacze, zawodzi, nawołuje człowieka, wzięty na ręce wtula się całym sobą, jakby chciał zniknąć w człowieku. Łapki udeptują powietrze, kocie oczy patrzą z miłością i rozpaczą.

Miłość, bezinteresowna przyjaźń i oddanie to dobra, których nie można kupić. Świat cierpi na ich niedobór. A tutaj jest taka czująca istota, która całym sobą chce kochać – tylko nie ma kogo.

 

Historia lubi się powtarzać. Historie Karola, Pascala i podobnych kotów (bo było ich wiele…) są jak kocie memento.

Bunt. Głośny krzyk. Niemy krzyk…

 

Nowy Domku Terence’a, uratuj go, zanim zapadnie cisza…

 

kontakt do wolontariusza w sprawie adopcji Terence’a:

Tatiana

mail: tatianacze@wp.pl

 

tekst: Joanna Nowakowska, napisane na potrzeby serwisu www.koty.pl, publikacja za zgodą.

Memento

14 października 2007 – niedziela, popołudnie, schronisko dla bezdomnych zwierząt w Łodzi. Pod furtką stoi tekturowe pudło a w środku przerażony kot na smyczce. Jeszcze przed chwila miał dom. Teraz jego dom to kawałek tekturowego opakowania. Tak zadecydował człowiek. Jego człowiek.

Wolontariusze zabierają kota do gabinetu weterynaryjnego i nadają mu imię Karol, żeby oprócz kawałka kartonu miał też coś więcej – jakieś imię. Karol jest zdrowy, trafia do boksu z innymi kotami.

Zaczyna się proza życia Karola, a raczej początek końca jego historii. Mija kilka dni, Karol wciąż czeka na swojego człowieka. Nie może uwierzyć, ze ten, który kochał go zostawił. Czemu go zostawił nie wiemy, Karol też nie wie, nie rozumie, nie potrafi odnaleźć się w schroniskowej rzeczywistości. Do czasu tej pamiętnej niedzieli był kochany. Nagle stało się coś, co nie pozwoliło kochać go dalej. Alergia dziecka? Wyjazd za granicę? Nie wiemy… Cokolwiek się stało nie ma to już znaczenia…

Mija tydzień, jest niedziela 21 października. Karol nie je, wymiotuje, ginie w oczach. Trafia do przyschroniskowego szpitala. Weterynarze robią wszystko by przeżył. Karol nie widzi sensu. Dla niego świat skończył się wraz z porzuceniem. „Kochałem Cię a Ty mnie porzuciłeś. Twoje życie toczy się nadal, moje straciło sens…”

Poniedziałek 22 października. Dzięki apelowi na forum internetowym znajduje się dom dla Karola. W Warszawie. Internetowa społeczność robi wszystko by jak najszybciej zabrać Karola ze schroniska. Wszystko jest już ustalone. Karol ma zostać odebrany o godzinie 17 i zawieziony do nowego domu.

Jest godzina 11. Jedna z wolontariuszek dzwoni do schroniskowego weterynarza z tą wspaniałą wiadomością.

Chwila ciszy i wszystkim wyświetla się ta wiadomość:

„Nie wiem jak Wam to napisać. Rozmawiałam przed chwilą z Jolą. Karol umarł dziś rano…

Karol odszedł, z rozpaczy, została po nim tylko obróżka i smycz. Pamiątka po szczęśliwej przeszłości.

„Jesteś odpowiedzialny za to co oswoiłeś”…

tekst: Magija

Rastaman

31.10.2007

Znam Cię od niedawna. Dwa i pół tygodnia.
Tak naprawdę zobaczyłam Cię dopiero tydzień temu. Przeglądałam zdjęcia ze schroniska. Zatrzymało mnie Twoje spojrzenie.
Widziałam wiele pięknych kocich oczu. Twoje są jedyne na świecie. Mądre oczy, myślące, oczy kota, który wiele widział, wiele wie i rozumie.
Koty w boksie mają swoje ulubione miejsca, półki, koszyki. Ty siedzisz zawsze tam, w rogu boksu numer 2, na zimnej podmurówce, koło siatki. Stąd widać drzwi na świat poza kociarnią. Drzwi do domu.
Widziałeś wiele powitań i pożegnań.
Kiedyś Ty sam przyszedłeś tymi drzwiami. Nie byłeś wtedy Rastamanem. Miałeś gładką sierść tygrysa.
Nie chciałeś jeść. Twoje futro porosło dredami. Smutny bunt kota. Bo jak inaczej może się kot buntować przeciw losowi?
Ty nie krzyczysz. Milczysz. Patrzysz.
Krzyczą Twoje oczy.

czytaj całość

Prawdziwy Wojownik o sercu wielkim jak szafa

Jeśli spotka Cię przedwczesna starość, mam nadzieję, że nie trafisz jak ja. Uszargany, poraniony, po wielu wielu kocich (a może nie tylko kocich) bitwach. Jednym okiem patrzę na świat. Jednym zielonym okiem. Drugie straciłem, sam już nie pamiętam jak i gdzie. Zęby mam połamane, ale moje futro zachowało dawną miękkość.
To miejsce nie jest złe. Trochę tu dziwnie, tyle kotów, tylu ludzi, tyle zapachów. I miski z jedzeniem – nie trzeba biegać po śmietnikach. Nie trzeba walczyć. Ale podłoga znajoma – zimny szary beton.
To miejsce to Dom Mojej Starości.
Dotarło to do mnie dziś – był dzień odwiedzin. Wielu ludzi przyszło, wychodzili z kotami na rękach. Młodymi i pięknymi kotami.
Na mnie nie spojrzał nikt. Staję się niewidzialnym.

Na imię mam Wojownik. Ty mnie tak nazwałaś. Nie obiecujesz mi niczego. Nawet mnie nie znasz. Tyle co ze zdjęć i słów jednej takiej Dużej. Czemu patrzysz na mnie tak, no tak, jakos tak że ściska mnie w środku. Nie Ciebie – mnie ściska serce. Nie płacz. Przecież – zobacz – jestem już od dawna Duży Kot, naprawdę duży kot. I znam życie.

czytaj całość



KOTYlion – z miłości do kotów

Strona powstała z miłości do kotów i z potrzeby niesienia im pomocy.

Jesteśmy grupą ludzi, których połączył jeden cel - pomoc kotom porzuconym, niechcianym, niczyim.

Jesteśmy z Łodzi i pomagamy przede wszystkim łódzkim kotom.

Grupa Kotylion znajduje się pod opieką Fundacji Viva! Jesteśmy formalną grupą, działająca na rzecz pomocy kotom, tworzącą domy tymczasowe, pomagającą kotom wolno żyjącym i przebywającym w Łódzkim Schronisku dla Zwierząt oraz sterylizującą koty wolno żyjące.

Jeśli chcesz wesprzeć nasze działania możesz dokonać wpłaty darowizny na nasze subktonto w Fundacji Viva!, z którego wszystkie zebrane środki są przeznaczane na pomoc naszym podopiecznym. Grupa KOTYlion, jako projekt Fundacji Viva! posiada status organizacji pożytku publicznego, zatem każda wpłata na nasze konto może być odliczona od podatku.

95 2030 0045 1110 0000 0255 4830
Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kawęczyńska 16 lok. 39
03-772 Warszawa
KRS 0000135274
NIP: 525-21-91-290
Dla przelewów zagranicznych:
SWIFT PPABPLPKXXX
IBAN: PL95 2030 0045 1110 0000 0255 4830
PayPal:
kotylion.pl@gmail.com